Zaczynasz pracę z dziećmi? Za chwilę do gabinetu wejdą ich rodzice.

Jeśli od września zaczynasz pracę jako psycholog albo pedagog z dziećmi i nastolatkami, prawdopodobnie dość szybko odkryjesz rzecz, której na początku można nie brać pod uwagę: pracując z dzieckiem, będziesz pracować także z jego rodzicami. Czasem regularnie, czasem tylko raz na jakiś czas, czasem dlatego, że sam uznasz takie spotkanie za potrzebne. Po kilkunastu latach wspierania młodych specjalistów wiem, że dla wielu to praca z rodzicami jest trudniejsza niż spotkania z dziećmi.
Czy ja właściwie powinienem wiedzieć, co oni mają zrobić?
Z dzieckiem jakoś łatwiej nam poruszać się w naszej roli. Mamy słuchać, rozumieć, pomagać nazywać doświadczenia, czasem diagnozować, czasem ćwiczyć kompetencje. Rodzic natomiast potrafi usiąść naprzeciwko i po piętnastu minutach zapytać: „No dobrze, to co ja mam zrobić?”. I nagle wszystkie przeczytane książki, zajęcia na studiach i praktyki zawodowe zbierają się w jedno mało przyjemne pytanie: czy ja właściwie powinienem/powinnam znać odpowiedź?
Dochodzi do tego jeszcze kilka innych wątpliwości. Jeśli nie masz dzieci, możesz pomyśleć: co ja w ogóle wiem o rodzicielstwie? Mam dwadzieścia kilka lat i będę mówić kobiecie, która od piętnastu lat wychowuje syna, jak ma z nim postępować?
Jeśli własne dzieci masz, pojawia się z kolei inna pokusa: przecież coś już o tym wiem, u nas takie rozwiązanie zadziałało. W obu przypadkach własne doświadczenie może zająć w gabinecie więcej miejsca, niż powinno. Brak dzieci potrafi niepotrzebnie odbierać pewność siebie, a ich posiadanie — czasem dawać jej trochę za dużo.
Dla ciebie konsultacja. Dla rodzica czasem wezwanie
Rodzice też nie przychodzą na takie spotkania bez napięcia. Warto o tym pamiętać, szczególnie kiedy to my inicjujemy kontakt. Dla psychologa jest to „konsultacja z rodzicem”. Dla rodzica telefon ze szkoły, poradni czy gabinetu z informacją „chciałabym się z państwem spotkać” może brzmieć zupełnie inaczej. Niektórzy naprawdę czują się wezwani.
Zanim jeszcze usiądą, mogą się zastanawiać, czego dowiedzieliśmy się od ich dziecka, czy coś zrobili źle, czy będziemy ich oceniać. Czy usłyszą, że są za surowi, za pobłażliwi, za mało obecni, nadmiernie kontrolujący albo niewystarczająco konsekwentni.
Czasem idą do specjalisty z nadzieją na pomoc, a jednocześnie z przekonaniem, że za chwilę ktoś wystawi ocenę ich rodzicielstwu. To dość niewygodne położenie.
Do tego rodzice najczęściej nie zgłaszają się wtedy, kiedy w domu jest spokojnie i chcieliby profilaktycznie podyskutować o wychowaniu. Przychodzą, kiedy od miesięcy trwa konflikt, dziecko nie chodzi do szkoły, nie wychodzi z pokoju, wybucha, odmawia wykonywania najprostszych ustaleń albo rodzice od dawna spierają się między sobą o to, co z tym wszystkim robić. Trafiają do specjalisty często wtedy, kiedy już się u nich naprawdę pali.
Nic więc dziwnego, że chcą odpowiedzi.
„Zabierać mu telefon czy nie?”
„Zmusić ją do chodzenia do szkoły?”
„Pozwalać mu wychodzić wieczorem?”
„Co robić, kiedy znowu zacznie krzyczeć?”
„Czy powinniśmy odpuścić?”
Porada pomaga. Czasem przede wszystkim psychologowi
I tutaj młody specjalista może bardzo szybko znaleźć się w roli, w której sam nie zamierzał być. Czuje, że musi coś zaproponować, bo przecież po to jest psychologiem. Rodzic opowiada o bezradności, a w nas uruchamia się potrzeba, żeby natychmiast stać się użytecznym.
Zaczynamy tłumaczyć, podpowiadać, układać zasady, budować plan. „Proszę ograniczyć telefon”. „Musicie być bardziej konsekwentni”. „Proszę z nim spokojnie porozmawiać”.
Być może największy kłopot z poradami polega nie na tym, że każda rada jest zła. Oczywiście, że nie jest. Kłopot zaczyna się wtedy, kiedy porada służy przede wszystkim temu, żebyśmy my przestali czuć własną niepewność.
Porada bardzo dobrze reguluje napięcie specjalisty. Po jej udzieleniu można poczuć, że coś się zrobiło: rozmowa zmierza w konkretnym kierunku, klient dostał zalecenie, godzina nie została „przegadana”. Niekiedy jest też poczucie: oni za tę wizytę płacą, więc musi być konkretna.
Tyle że łatwo przy okazji wejść w układ, w którym im bardziej rodzic pokazuje swoją bezradność, tym więcej specjalista bierze na siebie. Rodzic mówi „nie wiem”, a my odpowiadamy coraz większą liczbą pomysłów. W efekcie po godzinie możemy wyjść ze spotkania jako osoba zdecydowanie bardziej kompetentna niż na początku. Pytanie tylko, co stało się przez tę godzinę z poczuciem kompetencji rodzica?
O tym, w jaki sposób pracujący nadmiarowo psycholog może odebrać sprawstwo rodzicom opowiadam na szkoleniu „Coaching rodzicielski — użyteczne metody wspierania rodziców”.
„Nie udzielam rad” też może zostawić człowieka samego
Kiedy młodzi psychologowie zauważają tę pułapkę, często bardzo słusznie uczą się uważać z radami. I wtedy można wpaść w drugą.
Rodzic pyta: „To co pani uważa, że powinniśmy zrobić?”, a specjalista odpowiada: „To państwo najlepiej znają swoje dziecko”. Albo: „Nie mogę państwu powiedzieć, co mają państwo zrobić”. Ewentualnie: „To państwa decyzja”.
Każde z tych zdań ma w sobie dużo prawdy. Psycholog nie powinien zarządzać cudzą rodziną. Tylko że wszystkie te zdania mogą pozostawić rodzica dokładnie w tym miejscu, z którego przyszedł. Bezradnego, a teraz jeszcze osamotnionego, bo nawet od specjalisty nie uzyskał wsparcia.
Jeżeli ktoś od miesięcy próbuje wszystkiego, co umie, i w końcu przychodzi do psychologa z komunikatem „nie daję sobie rady”, odpowiedź „musi pani sama zdecydować” może zostać usłyszana jako bardzo elegancka wersja „radź sobie dalej”. Nie sądzę, żeby na tym miało polegać chronienie autonomii rodzica.
Między „powiem państwu, co zrobić” a „to państwo muszą wiedzieć” jest naprawdę dużo miejsca. Właśnie to miejsce wydaje mi się najciekawsze w pracy z rodzicami.
Znamy już rodziców, zanim ich poznamy?
Jest jeszcze jedna pułapka, szczególnie ważna dla osób pracujących indywidualnie z dziećmi i nastolatkami. Łatwo zbudować relację z młodym człowiekiem i zacząć oglądać rodzinę przede wszystkim jego oczami.
Siedemnastolatka mówi, że rodzice ją kontrolują. Piętnastolatek opowiada, że ojciec „ciągle się czepia”. Ośmiolatka wyjaśnia, że jest chwalona tylko, jak „jest duża i grzeczna”. Dziecko cierpi, jest nam go żal, rozumiemy jego złość. A kiedy później spotykamy rodziców, mamy już o nich wiedzę, choć właściwie jeszcze ich nie znamy.
Czasem pojawia się wtedy myśl: ktoś wreszcie musi stanąć po stronie tego dziecka.
Owszem, czasem trzeba bardzo wyraźnie chronić dziecko. Są sytuacje przemocy, zaniedbania czy realnego zagrożenia i wtedy nie ma sensu udawać symetrii. Znacznie częściej jednak pracujemy z rodzinami, w których ludzie wzajemnie się ranią, bo się boją, nie wiedzą, co zrobić, próbują odzyskać wpływ, podejmują niefortunne decyzje albo od dawna tkwią w konflikcie, którego nie potrafią już sami rozplątać.
W takich rodzinach „stanąć po stronie dziecka” oznacza z całą mocą „stanąć po stronie rodziców”.
Łatwo być odważnym cudzym rodzicielstwem
To ważne także dlatego, że specjalista znajduje się w bardzo szczególnej sytuacji. Może powiedzieć rodzicom, żeby odpuścili kontrolę nad telefonem albo przeciwnie — żeby wprowadzili zdecydowane ograniczenia. Może przekonywać, że dziecko potrzebuje więcej autonomii albo że właśnie więcej struktury. Ma prawo przedstawiać swój sposób rozumienia sytuacji, dzielić się wiedzą, zwracać uwagę na ryzyko.
Tyle że po pięćdziesięciu minutach zamknie gabinet. A rodzina wróci do domu. To rodzice będą tam wieczorem, jeśli po nowym ustaleniu wybuchnie awantura. To oni rano będą próbowali wyciągnąć nastolatka z łóżka. Oni będą odbierać telefon ze szkoły, mierzyć się z konsekwencjami odpuszczenia albo kontrolowania, zastanawiać się, czy nie przesadzili.
Specjalista ma pewien luksus: jego konsultacja się kończy. Rodzina żyje dalej z konsekwencjami decyzji, o których podczas tej konsultacji rozmawiano. Warto mieć wobec tego trochę pokory. Łatwo być odważnym cudzym rodzicielstwem.
Nie wiedzieć za rodzica i nie zostawiać go samego
Nie znaczy to oczywiście, że psycholog ma siedzieć cicho. Raczej że jego kompetencja nie musi polegać na posiadaniu najlepszego pomysłu na czyjeś dziecko. Może polegać na czymś trudniejszym: na pomaganiu rodzicom w odzyskiwaniu zdolności do myślenia i działania właśnie wtedy, kiedy sami widzą siebie jako bezradnych.
W coachingu rodzicielskim nazywamy to sprawstwem. Chodzi o przesuwanie ciężaru z „niech ktoś coś zrobi”, „niech szkoła go zmotywuje”, „niech ona wreszcie zacznie mnie słuchać” w stronę pytania: co jest w zasięgu mojego działania? Co mogę zrobić inaczej? Co już potrafię, choć w tej chwili o tym nie pamiętam? Co zrobię, jeśli moja decyzja rzeczywiście wywoła konflikt? Jak zachowam relację z dzieckiem, nie rezygnując jednocześnie z własnego stanowiska?
To nie jest pozostawienie rodzica samemu sobie. Wręcz przeciwnie. Specjalista nadal intensywnie pracuje: słucha, pyta, nazywa, pomaga zobaczyć wzorce, poszerza możliwe interpretacje, wraca do zasobów, których rodzic w kryzysie przestał dostrzegać. Czasem pomaga mu przygotować się także na to, że zmiana nie przyniesie natychmiastowego zadowolenia dziecka. Rodzicielstwo bardzo często oznacza przecież zarządzanie konfliktem, a nie jego całkowite uniknięcie.
„Nie wiem, jak to zmienić” często znaczy coś więcej
Jest w pracy z rodzicami taka myśl, do której często wracam. Rodzice mówią: „nie wiem, jak to zmienić”. A tak naprawdę mówią: nie wiem, jak to zmienić w sposób, który nie wywoła pogorszenia. Nie wiem, co mam zrobić, żeby nie było jeszcze gorszej afery.
I właśnie na tym polega ta szczególna pozycja psychologa, który z jednej strony ma odwagę powiedzieć: twoja intuicja jest dobra, kiedy zaczniesz działać, będzie przez chwilę dużo gorzej. A z drugiej strony ten psycholog jest strażnikiem nadziei i przypomina: dzięki temu, że zaczniesz działać, twoje dziecko i twoja rodzina unikną kłopotów.
Zanim po raz pierwszy usiądzie naprzeciwko ciebie rodzic
Od września wielu młodych psychologów i pedagogów po raz pierwszy będzie siadało naprzeciwko rodziców swoich uczniów i pacjentów. Prędzej czy później ktoś z nich zapyta: „To co mam zrobić?”. Dobrze mieć wtedy coś więcej niż gotową poradę. I coś więcej niż zasadę, że porad udzielać nie wolno.
Temu właśnie poświęciliśmy szkolenie „Coaching rodzicielski — użyteczne metody wspierania rodziców”. Jest dostępne na stronie Instytutu Pomocy Profesjonalnej dla osób, które pracują z dziećmi, młodzieżą i ich rodzinami — także dla tych, które dopiero zaczynają się tej pracy uczyć.

