Kto powinien się wstydzić? O wstydzie w gabinecie i życiu społecznym

Byłam ostatnio na wystawie Edwarda Dwurnika. Oglądałam jego Polaków: trochę śmiesznych, trochę brzydkich, pretensjonalnych, pospolitych, czasem karykaturalnych. Dwurnik nie bardzo pozwala się przy nich wygodnie rozsiąść. Trudno patrzeć na te twarze wyłącznie jak na „innych”. Prędzej czy później pojawia się nieprzyjemne podejrzenie, że to jednak trochę my.
I pomyślałam o wstydzie.
Wstyd jest emocją, która potrzebuje spojrzenia.
Wstydzimy się przed kimś — rzeczywistym albo wyobrażonym. Wobec czyichś oczu, w których możemy zobaczyć siebie jako niewystarczających, żałosnych, nieprzyzwoitych, głupich, słabych. Albo po prostu nie takich, jak trzeba.
To jedna z tych emocji, które mają bardzo ważną funkcję społeczną. Wstyd pilnuje granic wspólnoty. Informuje: oddaliłeś się za bardzo. Zrobiłeś coś, czego „my” nie robimy. Jesteś nie taki, jak powinien być ktoś, kto chce nadal należeć.
W tym sensie zawstydzanie jest niezwykle skutecznym narzędziem kontroli. Nie trzeba nikogo wyrzucać ze wspólnoty. Czasem wystarczy pokazać mu, że może zostać wyrzucony. Wstyd ma go skłonić, żeby sam wrócił na swoje miejsce.
Oczywiście z czasem wspólnota nie musi już nawet niczego mówić. Nosimy ją ze sobą.
„Porządna matka nie czuje czegoś takiego wobec swojego dziecka”. „Dorosły człowiek powinien sobie radzić”. „Mężczyzna nie może być taki słaby”. „Ktoś z twoim wykształceniem powinien to wiedzieć”. „W naszym domu takich rzeczy się nie robiło”.
Jak internalizujemy Patrzącego?
Psychodynamicznie można pomyśleć o tym jak o jednym z obszarów działania superego: zewnętrzne spojrzenie zostaje uwewnętrznione. Człowiek nie potrzebuje już nikogo, kto będzie go zawstydzał. Potrafi znakomicie robić to sam.
Myślę o tym również wtedy, kiedy obserwuję, jak łatwo przychodzi nam dzisiaj zawstydzanie innych. Także całych grup. W czasie nasilających się w Polsce nastrojów nacjonalistycznych dobrze widać, jak użyteczne staje się wskazanie kogoś, wobec kogo można poczuć się lepszym, bardziej cywilizowanym, bardziej moralnym, bardziej „u siebie”. Nie sądzę oczywiście, żeby zjawiska społeczne dało się wyjaśnić jednym mechanizmem psychicznym. Ale z terapeutycznego punktu widzenia trudno nie zainteresować się tym, jak blisko wstydu potrafi leżeć pogarda.
Pogarda daje bowiem bardzo atrakcyjną możliwość zmiany miejsc. Zamiast być tym, na kogo patrzą — mogę patrzeć. Zamiast zastanawiać się, czy to ze mną jest coś nie tak — mogę wskazać tego, z kim coś jest nie tak. To, czego trudno mi znieść we własnym obrazie albo w obrazie własnej grupy, łatwiej zobaczyć, wyśmiać i ukarać gdzie indziej.
Jeśli temat wstydu pojawia się w Twojej praktyce psychologicznej i psychoterapeutycznej,
to dowiesz się o nim więcej ze szkolenia „Kategoria wstydu w pracy terapeutycznej”
Gabinet jako szczególny kontekst patrzenia
I chyba tutaj zaczyna mnie to wszystko najbardziej interesować jako terapeutkę.
Bo gabinet psychoterapeutyczny jest przecież szczególnym miejscem patrzenia.
Pacjent przychodzi i wystawia przed drugim człowiekiem swoje życie do oglądania. Opowiada o tym, jak kocha, czego chce, komu zazdrości, jak traktuje dzieci, co robi z pieniędzmi, czego nie potrafi, o czym fantazjuje. I siedzi naprzeciwko kogoś, kto zawodowo słucha tego wszystkiego bardzo uważnie.
Lubimy mówić, że gabinet jest miejscem bez oceniania. I oczywiście dobrze, żeby nim był. Tyle że zapewnienie „ja pana nie oceniam” niewiele załatwia. Pacjent nie przychodzi do nas bez historii bycia oglądanym. Może doświadczyć naszego milczenia jako dezaprobaty, pytania jako demaskacji, interpretacji jako komunikatu: „przejrzałem cię”. Wstyd nie potrzebuje rzeczywistego zawstydzającego. Wystarczy uwewnętrzniony widz.
A wstyd w terapii jest znacznie bardziej demokratyczny, niż czasem nam się wydaje.
Oczywiście wstydzimy się seksualności. Przemocy. Długów. Zdrady. Uzależnienia. Tego, co zrobiliśmy swoim dzieciom.
Ale można też wstydzić się, że się nie czyta. Że nie rozumie się polityki. Że nie ma się przyjaciół. Że zazdrości się siostrze pieniędzy. Że nie lubi się własnego dziecka. Że nie ma się ambicji. Że chce się zarabiać dużo pieniędzy. Że ogląda się głupie programy. Że wierzy się w coś, co terapeuta prawdopodobnie uzna za naiwne. Że ma się trzydzieści siedem lat i nie umie się zadzwonić do urzędu. Że jest się samotnym nie w poetycki sposób, tylko w taki, że od dwóch tygodni nikt nie zadzwonił.
Wstyd szczególnie chętnie osiada na różnicy między mną a człowiekiem, przed którym siedzę.
Terapeutyczna akceptacja to też jest konstrukt
I tutaj mamy, jako terapeuci, trochę trudniejszą pracę do wykonania niż samo „nieocenianie”. Psychoterapia ma przecież własną kulturę. Mamy swój język, swoje wartości, swoje wyobrażenia o dojrzałości, autonomii, granicach, rodzicielstwie, związkach. Wiemy, że należy „być w kontakcie ze swoimi potrzebami”, stawiać granice, komunikować emocje, nie parentyfikować dzieci. Nawet jeśli nigdy nie wypowiemy tego w formie normy, pacjent może dość szybko zorientować się, jaki rodzaj życia w naszym gabinecie uchodzi za bardziej świadomy, zdrowy i dojrzały.
Wstyd może więc powstać również tam, gdzie terapeuta jest przekonany o własnej akceptacji.
Co więcej, często wcale nie wygląda jak wstyd.
Pacjent może stać się arogancki. Ironiczny. Niezwykle elokwentny. Perfekcyjnie przygotowany do sesji. Może wszystko intelektualizować, pogardzać innymi, zmieniać temat, atakować terapeutę albo opowiadać przez pięćdziesiąt minut w taki sposób, żeby nie powiedzieć jednej rzeczy, dla której naprawdę przyszedł.
To jest klinicznie ważne także z innego powodu: wstyd decyduje o tym, czego nie wiemy.
Pacjent opowie o kłótni z żoną, ale pominie jedno zdanie, które sam wtedy powiedział. Opowie o problemach finansowych, ale nie
o kolejnym zakupie. O samotności, ale nie o tym, że nie ma właściwie nikogo bliskiego. O seksie, ale ominie fantazję, której najbardziej się wstydzi.
A my potem na podstawie tego materiału budujemy rozumienie pacjenta. Czasem bardzo mądre i bardzo spójne. Tyle że wstyd zdążył wcześniej dokonać selekcji danych.
Jak rozpoznawać wstyd schowany pod innymi afektami? Jak spożytkować funkcje wstydu w terapii?
O tym dowiesz się ze szkolenia „Kategoria wstydu w pracy terapeutycznej”
Jest jeszcze ktoś, kto w gabinecie się wstydzi
Terapeuta.
Nie wiedziałem. Nie zrozumiałem. Zapomniałem czegoś ważnego. Powiedziałem banał. Pacjent mnie poprawił. Terapia stoi w miejscu. Czuję wobec pacjenta coś, czego „dobry terapeuta” nie powinien czuć. Nudzę się. Jestem zirytowany. Dałem się sprowokować. Zazdroszczę koledze jego sukcesów. Nie mam pojęcia, co teraz powiedzieć.
To być może jeden z bardziej niedocenianych obszarów pracy własnej terapeuty. Nie tylko: czego się wstydzę?, ale także: co robię, kiedy zaczynam się wstydzić?
Czy staję się bardziej ekspercki? Interpretuję? Usztywniam setting? Chowam się za teorią? Zaczynam myśleć o „oporze” pacjenta? Próbuję szybko odzyskać pozycję tego, który wie?
Wstyd jest demokratyczny również tutaj. Pacjent i terapeuta mają swoje sposoby na to, żeby nie znaleźć się w nieznośnej pozycji tego, na kogo patrzą.
Być może dlatego przeciwieństwem wstydu nie jest wcale duma.
Coraz bardziej myślę, że jest nim możliwość pozostania w relacji po pokazaniu czegoś, co — w naszym własnym przekonaniu — mogłoby nas z niej wykluczyć. Doświadczenie: zobaczyłeś to. Wiesz już. I nadal mogę tutaj być.
Wracając do Dwurnika
Do tych wszystkich ludzi, których namalował bez specjalnej troski o to, żebyśmy wypadli korzystnie. Jesteśmy u niego trochę brzydcy, trochę śmieszni, nadęci, zmęczeni, zwyczajni. Czasem trudno zdecydować, czy patrzy na nas czule, czy bezlitośnie.
I może właśnie dlatego tak dobrze się przy tych obrazach myśli o wstydzie.
Bo być może ważne pytanie nie brzmi: czy jest w nas coś, czego można się wstydzić?
Oczywiście, że jest.
Ciekawsze jest inne: czy potrafimy patrzeć na siebie i na innych, widząc również to, co małe, śmieszne, nieładne
i kompromitujące — bez natychmiastowej potrzeby ustalenia, kto powinien z tego powodu przestać być jednym
z nas?
W jaki sposób rozmawiać z Pacjentem, który intencjonalnie innych zawstydza?
O tym dowiesz się ze szkolenia „Kategoria wstydu w pracy terapeutycznej”
Joanna Sowińska

